Członki Poety
Występują:
CEREBRUM - w głowie poety ukryte
TRZEWIA - w brzuchu poety ukryte
LĘDŹWIE - w ineksprymablach poety ukryte
INNE NARZĄDA - a to - trzustka, śledziona, jelita i pozostałe poety patrochy
Miejsce akcji:
Obskurny pokoik poety. Na podłodze, jak to w obskurnym pokoiku
poety, walają się papiery, papierzyska i książki. W kącie, jak to w
obskurnym pokoiku poety, stoi barłóg, po którym również się coś wala.
Na środku pulpit z plikiem czystych kartek oraz gęsim piórem i
kałamarzem. Przy ścianie maszynka gazowa ze stojącym na niej brudnym
garnkiem.
Poeta odziany jedynie w brudne gacie i włosy na klacie chodzi w kółko i
coś tam liczy na palcach. Co chwile przystaje, dopada pulpitu i skrobie
gęsim piórem kilka słów po czym drze wszystko na strzępy i rozrzuca po
podłodze wyrywając sobie resztki włosów, dziwnym trafem rosnących
wyłącznie po bokach jego głowy.
CEREBRUM
Ahh!!!
Przystaje i deklamuje:
Dziewczę! Com cię zoczył w chruśniaku
malinowym, gdy zorze wstają nowe.
Tak chciałbym całować bez końca
Twe wargi, cudowne... cudowne....
zamiera, patrząc się w sufit
LĘDŹWIE (szeptem)
Sromowe...
CEREBRUM
Argh!!!
Potrząsa głową i zamyka oczy. Po chwili deklamuje znowu:
Gdym rano nad ruczaj przybieżał
Tam cudna pracuje już praczka.
Jej kibić cudownie się rusza,
Lśni w słońcu jej piękna...
LĘDŹWIE (szeptem)
Łechtaczka...
CEREBRUM
Zamilczcież wreszcie o podłe! Przez was dokończyć nie mogę poematu,
któren wieczną sławą mnie okryje! Któż bowiem poza zboczeńcami czytać
będzie o łechtaczkach, skoro Miłość Liryczna prawdziwie bezcielesna być
musi. Albowiem Miłość wzniosła jest, podniosła, wszystko wybacza, nie
szuka poklasku....
Przerywa, i rzuca się do pulpitu przewracając się po drodze. Po chwili wstaje z podłogi i wali się ręką w głowę.
O ja nieszczęsne - przecież to wszystko już było! Jak napisać mam
cokolwiek nowego, skoro poeci nie zajmują się od wieków niczym innym
jak tylko miłości opiewaniem? Choćbym więc się nie wiem jak natężało...
Łka żałośnie i próbuje zadać sobie śmierci samobójczej poprzez
przedawkowanie absyntu. Jednak z powodu biedy nie ma nawet na kostkę
cukru, więc cały płyn wycieka szybko przez ażurową łyżeczkę na podłogę,
gdzie dymiąc znika. Poeta i jego cerebrum zginają się wpół w rozpaczy,
lecz za chwilę prostują się gwałtownie z palcem wzniesionym ku górze.
Już wiem! Skoro podejście rozumowe nic tu nie daje, to może zasymiluję
całą poezję miłosną drogą enteralną i w ten sposób słowa me staną się
szlachetniejsze i bardziej wzruszające. Jak bowiem nie od dziś wiadomo
prawdziwa poezja nie z głowy, lecz z serca płynąć musi, a przecie do
serca przez żołądek najszybsza droga! Hurrraaaa!!!
Urzeczone tej wątpliwej próby sylogizmem cerebrum w ciele poety
tańczy i stepuje. Puszcza na cały regulator radio, z którego płynąć
poczynają dźwięki uroczej i skocznej, o perwersyjnie jednakowoż prostym
tekście, piosenki "Love me do" i wrzuca do garnka walające się po
podłodze tomiszcza prezentując je przez chwilę widowni, niczym wytrawny
kucharz potrawy ingrediencje. Migają Petrarka, Szekspir i Owidiusz.
Ponieważ wywar robi się nadto ulotny poeta wrzuca tam celem zapewnienia
solidnej podstawy Wisłocką i van de Velde'go. Po dłuższej chwili tak
przyrządzone papier-mache poeta zaczyna zajadać przyprawiając je od
czasu solą. Pieprzem oczywiście przyprawiać nie musi.
Tak! To jest to! Czuję przypływ weny!
Deklamuje na środku sceny
Gdy byłem dziś rano w ogrodzie
rozdzielał nas okrutny mur.
Podałaś mi agrest z uśmiechem
I chciałem Ci tylko rzec.. rzec...
TRZEWIA (wzruszone bardziej niż po zsiadłym mleku i kiszonych ogórkach)
Blurp.
Zasiany w nich intelektualny ferment poczyna dojrzewać i pęcznieć.
Po chwili wskutek tych procesów natury biolirycznej poeta również
wzrusza się i pęcznieje po czym unosić się zaczyna nad sceną. Tam na
moment zamiera.
CEREBRUM, TRZEWIA, LĘDŹWIE (unisonomatopeicznie)
Bum!
Poeta rozczłonkowany zostaje na 1001 drobiazgów po całej scenie. Tu
i ówdzie wśród zwykle w ludziach występującej maziai widać poszczególne
narządy poety. Biorą się one za ręce (czy co tam mają narządy) i
śpiewają na melodię "Miłość Ci wszystko wybaczy" lekko fałszując i
zawodząc z dźwięcznym kresowym "ł". Partię solową oczywiście wykonuje
serce poety.
Gdyyyybyś się zaciąąąąąął w rozpaaaaaczyyyy
i przeeeestał odczuuuwać muz zeeeeeeew.
Paaamięęęętaj w liryyyyyyce mózg znaaaaczy
mniej duuużooo niż flaaaaaaki i kreeeeeeew!!!!
KURTYNA (opada z mlaśnięciem litościwie okrywając poety członki. W tle leci piosenka Joy Division "Love will tear us apart")
Tagi: poezja, dramat, tworzenie, członki
skomentuj (2)

Kiedy po wcześniejszym niż
planował powrocie do domu taki obrazek zobaczył stryj mój, wilk morski
(po prawdzie to koledzy ze szkoły morskiej mówili o nim wilczek, bo
marynarzem był na drobnicowcu), powziął był dziwne podejrzenia względem
swojej małżonki. Raz, że nie do końca pamiętał, czy rejs rozpoczął się
był przed dziewięcioma miesiącami czy może później, a dwa, że napisała
mu małżonka, iż tuż po jego wyjeździe w pobliżu wprowadził się hodowca
jakichś "majnkunów". Początkowo stryj myślał, że o niemieckie kuny
chodzi, ale dowiedział się, że to kotów rasa, kiedy bydlę niewiele
mniejsze od konia ofukało go okrutnie, jak niemowlę wziąć na ręce
zamierzał. Napędził mu ten koci mutant tym niemałego stracha, a trzeba
wiedzieć, że nie należał stryj do osób bojaźliwych i na rubieżach
świata widywał różne stwory (powszechnie podejrzewano co prawda, że
zmyślał, a zresztą może nawet i widywał gigantyczne białe ośmiornice,
bo jak każdy marynarz nudę
zwykł był alkoholem zabijać). Zdziwił się tylko, że
dziecko śpi spokojnie w obecności włochatego
potwora a w jego głowie kiełkować zaczęły podejrzenia, które zmieniły
się w pewność, kiedy zajrzał do kuchni i zobaczył, że małżonka jego
w objęciach jakiegoś gacha siedzi głaszcząc go po głowie, podczas gdy
ten charkot przedziwny z gardła swojego wydaje. I na nic zdały się
biedaka (jak się potem okazało rzeczonego hodowcy majnkunów i przy okazji ojca niemowlęcia, którym miał się podczas wizyty u fryzjera małżonki swojej zajmować) tłumaczenia, że pokazywał po prostu jak mruczą koty, bo stryj
kiedy zobaczył jak ów w dekolt żony, głęboki niczym rów Marjański,
zagląda (a trzeba wiedzieć, że niczym w czarnej dziurze ginął tam nie
tylko wzrok, ale i światło, a niektórzy gadali, że podobno zawieruszył
się tam jeden gazownik) to, jak to potem ładnie w aktach sprawy
ujęto, "spowodował u ofiary liczne urazy nosa i uszu za pomocą ręki
uzbrojonej w wyciskarkę do
czosnku".
Jednak ostatecznie dzięki wziętemu adwokatowi uniknął był stryj
więzienia, bo prawnik powołał biegłego, który rozpoznał urojenia zdrady
małżeńskiej na tle zespołu Wernickiego-Korsakoffa nadużywaniem alkoholu
spowodowanym, co miało sprawić, że ów nie był zdolny do kierowania
własnym postępowaniem. Dla wszystkich z wyjątkiem hodowcy rzecz
skończyła się więc dobrze, a kota pozostałego w spadku stryj tak
wytresował, że na widok każdego osobnika płci męskiej wchodzącego do
mieszkania, tak głośno fukał, że alarmy w stojących na ulicy
samochodach się włączały, po kilku wizytach w domu stryja listonosz
poszedł na urlop dla poratowania
zdrowia, a ludek okoliczny legendy o straszliwej pumie opowiadać począł.
Tagi: kot, mainecoon, wilk morski
skomentuj (4)

Jeśli kogoś interesuje, skąd nick mój się był wziął, to może zobaczyć
na zdjęciu obok dziwnego kształtu znikającego vel pojawiającego się
ssaka, który prześladuje mnie już od dawna. Kot ów, moje przekleństwo,
tfu tfu, pojawił się był raz, kiedy spojony byłem zbyt wielką ilością
absyntu zabarwianego mazutem (w ramach zemsty za Śląsk Cieszyński)
przez naszych sąsiadów z południa do napojów wszelakich dodawanym. Nie
chce się od tego czasu odczepić pseudoomam jeden i w najgorszych
momentach psuje mi chwile, kiedy bałamucić młode dziewice zaczynam,
szepcząc mi do ucha sprośne bezeceństwa w stylu "Nice Pussy". Stąd
koncepcja znajomego psychiatry, że może mutant to jakiś z Czarnobyla
chybiona jest raczej, bo wtedy chyba "Krasnyja dziewoczka" byłby mówił.
Z faktu, że po angielsku gada cockneyem do tego zaciągając oraz z jego
czarnej barwy mniemam, że nie z inteligenckiej ani arystokratycznej
rodziny pochodzi, ale pewnie jest duchem jednego z kotów kopalnianych
brytyjskich (nie mylić z kotami kopalnymi szablastozębnymi i
szuflołopatkowymi), ciągnących maleńkie wózeczki z węglem (vide znana
książka McMorteenka "Munkustrap from coal mine") a zjedzonych przez
robotników z głodu w trakcie strajków w latach osiemdziesiątych. Niech
go z powrotem diabli wezmą tfu tfu...
Książka obok wyszperana gdzieś przy przeszukiwaniu internetowej
księgarni przypomniała mi smutną historię mojego wujka Heńka -
miłośnika wszelkich zwierząt. Otóż pracował on w stajni przy klaczy
ujeżdżaniu i tak oddany swojej pracy był, że zszedł na posterunku (co
sprawiło niejaki problem firmie pogrzebowej). Kiedy przeglądałem
później jego rzeczy okazało się, że 3/4 z nich stanowią różnego rodzaju
kompendia filozofii, historie filozofii, filozofie praktyczne etc., co
było o tyle dziwne, że wujcio wykształcenie miał zasadnicze raczej i
nikt by go o taką biblioteczkę nie podejrzewał. Dopiero później wpadłem
na pomysł, że biedak próbował swoje uczucia zrozumieć i poradnik jakiś
kupić (być może licząc również na praktyczne porady w temacie), ale z
braku wykształcenia, tudzież z wrodzonej wady wymowy i jąkalstwa
prawdopodobnie wciąż miast "Zoofilia" w księgarni "Filozofia"
wykrztuszał. Nic a nic potem oczywiście z tych książek nie rozumiał, bo
ani słowa tam o zwierzętach nie było. :(
Zresztą w mojej
rodzinie dalszej problem miłości do zwierząt powtarza się co pokolenie,
bo dziadek wujka Heńka, ortopeda - jak się więc można domyślić - nie
ułomek, postanowił w okresie międzywojnia rzucić ludzką medycynę i
zająć się weterynarią. Ponieważ najlepszy był w nastawianiu kości (a
trzeba wiedzieć, że aparatów rentgenowskich podówczas nie było, więc
sztuka to była zacna), więc i u zwierząt w tej działce pracować zaczął.
O ile jednak nastawianie kości bydłu szło mu całkiem nieźle, to w
dłoniach jak bochny regularnie urywał nóżki kanarkom, chomikom i
ratlerkom. Tak się tym biedny przejmował, że zapił się w końcu prawie
na śmierć...
Tagi: filozofia, zoofilia, ortopedia
skomentuj (0)