Członki Poety 2009-06-05 00:40:19

Członki Poety

Występują:
CEREBRUM - w głowie poety ukryte
TRZEWIA - w brzuchu poety ukryte
LĘDŹWIE - w ineksprymablach poety ukryte
INNE NARZĄDA - a to - trzustka, śledziona, jelita i pozostałe poety patrochy

Miejsce akcji:
Obskurny pokoik poety. Na podłodze, jak to w obskurnym pokoiku poety, walają się papiery, papierzyska i książki. W kącie, jak to w obskurnym pokoiku poety, stoi barłóg, po którym również się coś wala. Na środku pulpit z plikiem czystych kartek oraz gęsim piórem i kałamarzem. Przy ścianie maszynka gazowa ze stojącym na niej brudnym garnkiem.
Poeta odziany jedynie w brudne gacie i włosy na klacie chodzi w kółko i coś tam liczy na palcach. Co chwile przystaje, dopada pulpitu i skrobie gęsim piórem kilka słów po czym drze wszystko na strzępy i rozrzuca po podłodze wyrywając sobie resztki włosów, dziwnym trafem rosnących wyłącznie po bokach jego głowy.


CEREBRUM
Ahh!!!

Przystaje i deklamuje:

Dziewczę! Com cię zoczył w chruśniaku
malinowym, gdy zorze wstają nowe.
Tak chciałbym całować bez końca
Twe wargi, cudowne... cudowne....

zamiera, patrząc się w sufit

LĘDŹWIE (szeptem)
Sromowe...

CEREBRUM
Argh!!!

Potrząsa głową i zamyka oczy. Po chwili deklamuje znowu:

Gdym rano nad ruczaj przybieżał
Tam cudna pracuje już praczka.
Jej kibić cudownie się rusza,
Lśni w słońcu jej piękna...

LĘDŹWIE (szeptem)
Łechtaczka...

CEREBRUM
Zamilczcież wreszcie o podłe! Przez was dokończyć nie mogę poematu, któren wieczną sławą mnie okryje! Któż bowiem poza zboczeńcami czytać będzie o łechtaczkach, skoro Miłość Liryczna prawdziwie bezcielesna być musi. Albowiem Miłość wzniosła jest, podniosła, wszystko wybacza, nie szuka poklasku....

Przerywa, i rzuca się do pulpitu przewracając się po drodze. Po chwili wstaje z podłogi i wali się ręką w głowę.

O ja nieszczęsne - przecież to wszystko już było! Jak napisać mam cokolwiek nowego, skoro poeci nie zajmują się od wieków niczym innym jak tylko miłości opiewaniem? Choćbym więc się nie wiem jak natężało...

Łka żałośnie i próbuje zadać sobie śmierci samobójczej poprzez przedawkowanie absyntu. Jednak z powodu biedy nie ma nawet na kostkę cukru, więc cały płyn wycieka szybko przez ażurową łyżeczkę na podłogę, gdzie dymiąc znika. Poeta i jego cerebrum zginają się wpół w rozpaczy, lecz za chwilę prostują się gwałtownie z palcem wzniesionym ku górze.

Już wiem! Skoro podejście rozumowe nic tu nie daje, to może zasymiluję całą poezję miłosną drogą enteralną i w ten sposób słowa me staną się szlachetniejsze i bardziej wzruszające. Jak bowiem nie od dziś wiadomo prawdziwa poezja nie z głowy, lecz z serca płynąć musi, a przecie do serca przez żołądek najszybsza droga! Hurrraaaa!!!

Urzeczone tej wątpliwej próby sylogizmem cerebrum w ciele poety tańczy i stepuje. Puszcza na cały regulator radio, z którego płynąć poczynają dźwięki uroczej i skocznej, o perwersyjnie jednakowoż prostym tekście, piosenki "Love me do" i wrzuca do garnka walające się po podłodze tomiszcza prezentując je przez chwilę widowni, niczym wytrawny kucharz potrawy ingrediencje. Migają Petrarka, Szekspir i Owidiusz. Ponieważ wywar robi się nadto ulotny poeta wrzuca tam celem zapewnienia solidnej podstawy Wisłocką i van de Velde'go. Po dłuższej chwili tak przyrządzone papier-mache poeta zaczyna zajadać przyprawiając je od czasu solą. Pieprzem oczywiście przyprawiać nie musi.

Tak! To jest to! Czuję przypływ weny!

Deklamuje na środku sceny

Gdy byłem dziś rano w ogrodzie
rozdzielał nas okrutny mur.
Podałaś mi agrest z uśmiechem
I chciałem Ci tylko rzec.. rzec...

TRZEWIA (wzruszone bardziej niż po zsiadłym mleku i kiszonych ogórkach)
Blurp.

Zasiany w nich intelektualny ferment poczyna dojrzewać i pęcznieć. Po chwili wskutek tych procesów natury biolirycznej poeta również wzrusza się i pęcznieje po czym unosić się zaczyna nad sceną. Tam na moment zamiera.

CEREBRUM, TRZEWIA, LĘDŹWIE (unisonomatopeicznie)
Bum!

Poeta rozczłonkowany zostaje na 1001 drobiazgów po całej scenie. Tu i ówdzie wśród zwykle w ludziach występującej maziai widać poszczególne narządy poety. Biorą się one za ręce (czy co tam mają narządy) i śpiewają na melodię "Miłość Ci wszystko wybaczy" lekko fałszując i zawodząc z dźwięcznym kresowym "ł". Partię solową oczywiście wykonuje serce poety.

Gdyyyybyś się zaciąąąąąął w rozpaaaaaczyyyy
i przeeeestał odczuuuwać muz zeeeeeeew.
Paaamięęęętaj w liryyyyyyce mózg znaaaaczy
mniej duuużooo niż flaaaaaaki i kreeeeeeew!!!!

KURTYNA (opada z mlaśnięciem litościwie okrywając poety członki. W tle leci piosenka Joy Division "Love will tear us apart")

Tagi: poezja, dramat, tworzenie, członki

skomentuj (2)

Majnkun 2009-05-01 14:08:20


Kiedy po wcześniejszym niż planował powrocie do domu taki obrazek zobaczył stryj mój, wilk morski (po prawdzie to koledzy ze szkoły  morskiej mówili o nim wilczek, bo marynarzem był na drobnicowcu), powziął był dziwne podejrzenia względem swojej małżonki. Raz, że nie do końca pamiętał, czy rejs rozpoczął się był przed dziewięcioma miesiącami czy może później, a dwa, że napisała mu małżonka, iż tuż po jego wyjeździe w pobliżu wprowadził się hodowca jakichś "majnkunów". Początkowo stryj myślał, że o niemieckie kuny chodzi, ale dowiedział się, że to kotów rasa, kiedy bydlę niewiele mniejsze od konia ofukało go okrutnie, jak niemowlę wziąć na ręce zamierzał. Napędził mu ten koci mutant tym niemałego stracha, a trzeba wiedzieć, że nie należał stryj do osób bojaźliwych i na rubieżach świata widywał różne stwory (powszechnie podejrzewano co prawda, że zmyślał, a zresztą może nawet i widywał gigantyczne białe ośmiornice, bo jak każdy marynarz nudę zwykł był alkoholem zabijać). Zdziwił się tylko, że dziecko śpi spokojnie w obecności włochatego potwora a w jego głowie kiełkować zaczęły podejrzenia, które zmieniły się w pewność, kiedy zajrzał do kuchni i zobaczył, że małżonka jego w objęciach jakiegoś gacha siedzi głaszcząc go po głowie, podczas gdy ten charkot przedziwny z gardła swojego wydaje. I na nic zdały się biedaka (jak się potem okazało rzeczonego hodowcy majnkunów i przy okazji ojca niemowlęcia, którym miał się podczas wizyty u fryzjera małżonki swojej zajmować) tłumaczenia, że pokazywał po prostu jak mruczą koty, bo stryj kiedy zobaczył jak ów w dekolt żony, głęboki niczym rów Marjański, zagląda (a trzeba wiedzieć, że niczym w czarnej dziurze ginął tam nie tylko wzrok, ale i światło, a niektórzy gadali, że podobno zawieruszył się tam jeden gazownik) to, jak to potem ładnie w aktach sprawy ujęto, "spowodował u ofiary liczne urazy nosa i uszu za pomocą ręki uzbrojonej w wyciskarkę do czosnku". Jednak ostatecznie dzięki wziętemu adwokatowi uniknął był stryj więzienia, bo prawnik powołał biegłego, który rozpoznał urojenia zdrady małżeńskiej na tle zespołu Wernickiego-Korsakoffa nadużywaniem alkoholu spowodowanym, co miało sprawić, że ów nie był zdolny do kierowania własnym postępowaniem. Dla wszystkich z wyjątkiem hodowcy rzecz skończyła się więc dobrze, a kota pozostałego w spadku stryj tak wytresował, że na widok każdego osobnika płci męskiej wchodzącego do mieszkania, tak głośno fukał, że alarmy w stojących na ulicy samochodach się włączały, po kilku wizytach w domu stryja listonosz poszedł na urlop dla poratowania zdrowia, a ludek okoliczny legendy o straszliwej pumie opowiadać począł.

Tagi: kot, mainecoon, wilk morski

skomentuj (4)

Znikot 2009-04-28 09:58:18


Jeśli kogoś interesuje, skąd nick mój się był wziął, to może zobaczyć na zdjęciu obok dziwnego kształtu znikającego vel pojawiającego się ssaka, który prześladuje mnie już od dawna. Kot ów, moje przekleństwo, tfu tfu, pojawił się był raz, kiedy spojony byłem zbyt wielką ilością absyntu zabarwianego mazutem (w ramach zemsty za Śląsk Cieszyński) przez naszych sąsiadów z południa do napojów wszelakich dodawanym. Nie chce się od tego czasu odczepić pseudoomam jeden i w najgorszych momentach psuje mi chwile, kiedy bałamucić młode dziewice zaczynam, szepcząc mi do ucha sprośne bezeceństwa w stylu "Nice Pussy". Stąd koncepcja znajomego psychiatry, że może mutant to jakiś z Czarnobyla chybiona jest raczej, bo wtedy chyba "Krasnyja dziewoczka" byłby mówił. Z faktu, że po angielsku gada cockneyem do tego zaciągając oraz z jego czarnej barwy mniemam, że nie z inteligenckiej ani arystokratycznej rodziny pochodzi, ale pewnie jest duchem jednego z kotów kopalnianych brytyjskich (nie mylić z kotami kopalnymi szablastozębnymi i szuflołopatkowymi), ciągnących maleńkie wózeczki z węglem (vide znana książka McMorteenka "Munkustrap from coal mine") a zjedzonych przez robotników z głodu w trakcie strajków w latach osiemdziesiątych. Niech go z powrotem diabli wezmą tfu tfu...

Tagi: behemot, znikot

skomentuj (0)

Filozoofia 2009-04-27 16:56:26


Książka obok wyszperana gdzieś przy przeszukiwaniu internetowej księgarni przypomniała mi smutną historię mojego wujka Heńka - miłośnika wszelkich zwierząt. Otóż pracował on w stajni przy klaczy ujeżdżaniu i tak oddany swojej pracy był, że zszedł na posterunku (co sprawiło niejaki problem firmie pogrzebowej). Kiedy przeglądałem później jego rzeczy okazało się, że 3/4 z nich stanowią różnego rodzaju kompendia filozofii, historie filozofii, filozofie praktyczne etc., co było o tyle dziwne, że wujcio wykształcenie miał zasadnicze raczej i nikt by go o taką biblioteczkę nie podejrzewał. Dopiero później wpadłem na pomysł, że biedak próbował swoje uczucia zrozumieć i poradnik jakiś kupić (być może licząc również na praktyczne porady w temacie), ale z braku wykształcenia, tudzież z wrodzonej wady wymowy i jąkalstwa prawdopodobnie wciąż miast "Zoofilia" w księgarni "Filozofia" wykrztuszał. Nic a nic potem oczywiście z tych książek nie rozumiał, bo ani słowa tam o zwierzętach nie było. :(

Zresztą w mojej rodzinie dalszej problem miłości do zwierząt powtarza się co pokolenie, bo dziadek wujka Heńka, ortopeda - jak się więc można domyślić - nie ułomek, postanowił w okresie międzywojnia rzucić ludzką medycynę i zająć się weterynarią. Ponieważ najlepszy był w nastawianiu kości (a trzeba wiedzieć, że aparatów rentgenowskich podówczas nie było, więc sztuka to była zacna), więc i u zwierząt w tej działce pracować zaczął. O ile jednak nastawianie kości bydłu szło mu całkiem nieźle, to w dłoniach jak bochny regularnie urywał nóżki kanarkom, chomikom i ratlerkom. Tak się tym biedny przejmował, że zapił się w końcu prawie na śmierć...

Tagi: filozofia, zoofilia, ortopedia

skomentuj (0)
Księga Gości